O wyprawie na Ural Subpolarny w „Kronice Beskidzkiej”

W dzisiejszej „Kronice Beskidzkiej” (nr 33 (3262) / 2019) na stronie 10 ukazał się artykuł Magdaleny Nycz pt. „Przez dziki Ural”, w którym można przeczytać o zorganizowanej przez kolegów z naszego Oddziału wyprawie trekkingowej na rosyjski Ural Subpolarny.
Zapraszamy do lektury!

Zarząd Oddziału
.

Zaszufladkowano do kategorii media | Możliwość komentowania O wyprawie na Ural Subpolarny w „Kronice Beskidzkiej” została wyłączona

Polski Grzebień (Tatry Wysokie, Słowacja) – wycieczka górska – 10 sierpnia 2019 r.

Co będę robić w następny weekend? Pewnie wielu z nas zadaje sobie to pytanie już w poniedziałek rano w pracy. Odpowiedź przychodzi jak grom z jasnego nieba w domu po pracy – sprzątać! Nie tym razem… Uprzedzając fakty z zaplecza rodzinnego i przemycając tu troszeczkę prywaty już na samym początku tej relacji, postanowiłem po zapoznaniu się z ofertą wycieczek naszego Oddziału PTT w Bielsku Białej (do przeglądania której zachęcam), zapisać mnie i swoją małżonkę na wycieczkę, która odbyła się 10 sierpnia br. na Polski Grzebień (2200 m n.p.m.). Z tej możliwości wyjazdu, jak się później okazało, skorzystało jeszcze wielu członków i sympatyków Oddziału w PTT Bielsku Białej. Nie wiem tylko, czy też uciekli od weekendowego sprzątania.
Tradycyjnie spotkaliśmy się wszyscy na bielskim parkingu o godzinie 3:45. Ku mojemu zdziwieniu na parkingu czekało bardzo dużo osób i zacząłem się zastanawiać, czy czasem nie pojedziemy na tę wycieczkę na kilka autobusów? Okazało się, że większa grupa osób czeka na poranne autobusy, w różnych kierunkach Polski. Nasza równie liczna grupa z przewodnikiem Janem Nogasiem na czele i przewodnikiem Łukaszem Kudelskim, wyruszyła punktualnie o godzinie 4:00 nad ranem z mistrzem kierownicy, kierowcą Krzysztofem naszym super szybkim (o ile się nie mylę) Vanhoolem EOS 200. Na trasie do Słowacji zatrzymaliśmy się na rozprostowanie kości i dalej ruszyliśmy ku nowej przygodzie. Po drodze Jan omówił szczegóły naszej wycieczki, krótką prognozę pogody (z jakąś burzą czy coś?) oraz przedstawił kolegę przewodnika Łuksza Kudelskiego, którego być może wielu z nas mogło poznać po raz pierwszy. Kolega Łukasz okazał się być bardzo sympatycznym i wyrozumiałym dla nas przewodnikiem. Należy tu wspomnieć, że wszystkim Przewodnikom Górskim i Ratownikom GOPR w dniu ich święta składamy najserdeczniejsze życzenia, ponieważ właśnie 10 sierpnia, przypada ich święto tj. Św. Wawrzyńca, patrona Przewodników Górskich i Ratowników GOPR.
Do Starego Smokowca dojechaliśmy w słonecznych, porannych godzinach ok. 7:30. Tam zrobiliśmy grupowe zdjęcie i ruszyliśmy na szlak. Żółte znaki wskazywały, że czeka nas ponad 4-godzinna wspinaczka przez: Razcestie Nad Zrubami (1409 m n.p.mn), Velicka Polana (1562 m n.p.m.), Sliezsky Dom (1670 m n.p.m.) na Polsky Hreben (2200 m n.p.m.). Ale czy jest on rzeczywiście polski? Z historią nie będziemy dyskutować. Faktem jest, że Polski Grzebień jest szeroką przełęczą leżącą na głównej grani Tatr. A słowo „polski” pochodzi jeszcze z czasów przedrozbiorowych, gdy przebiegała tamtędy pozorna granica polsko-węgierska. Po traktacie monachijskim z roku 1938 byliśmy jeszcze raz gospodarzami tych terenów, a w ówczesnym czasie przełęcz odwiedzili znani poeci jak Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Leopold Staff, czy Adam Asnyk. Ale zostawmy historię historykom… Podchodząc żółtym szlakiem w kierunku Doliny Wielickiej wszystkim dopisywały humory, a tempo było szybkie i żwawe. Grupa rozciągnęła się na szlaku niczym wałek ciasta na kopytka i każdy swoim tempem doszedł do Śląskiego Domu. Widoki były raczej marne, ponieważ szliśmy cały czas dusznym lasem i dopiero w okolicach Wielickiej Polany można było podziwiać piękno okolicznej natury. W Śląskim Domu nabraliśmy sił na dalszą wspinaczkę i ruszyliśmy na Polski Grzebień. Wielicki Staw świecił na zielono odbijając w sobie przybrzeżną kosodrzewinę i oświetlone słońcem jasne głazy stoków, a Wielicka Siklawa czarowała swoją białą linią wody, poszarpaną przez głazy, spadającą wprost do zielonego Wielickiego Stawu. Bajka… Pnąc się do góry, warto było od czasu do czasu przystanąć i spojrzeć z góry na Wielicki Staw ze Śląskim Domem w tle, bo widok był jak z alpejskiej górskiej pocztówki. Fotoreporterzy z pewnością ucztowali tego dnia. Po lewej stronie mieliśmy: Mały Gerlach (2601 m n.pm.), Gerlach (2655 m n.p.m.) oraz Przełęcz Tetmajera położoną na wysokości 2590 m n.p.m. Jak cudownie byłoby się tam teraz po wspinać… Ale my idziemy dalej. Po prawej stronie stoi dumnie Wielicka Kopa (2227 m n.p.m.), jako jedno z ostatnich wzniesień w masywie Granatów Wielickich w słowackich Tatrach Wysokich. Później podziwialiśmy Dwoistą Turnię (2312 m n.p.m.) oraz Wielką Granacką Turnię (2318 m n.p.m.) i tak doszliśmy do Kwietnicowego Stawu, który znajduje się na wysokości 1812 m n.p.m. Nosi on również wdzięczną nazwę Wielickiego Ogrodu, ponieważ z uwagi na bogate w minerały podłoże, rośnie tam wiele ziołorośli takich jak: omieg górski, miłosna górska, starzec gajowy czy ciemiężyca zielona. Swoją nazwę to miejsce zawdzięcza właśnie kolorowemu morzu kwiatów, które otoczone jest przez skalne olbrzymy. Po drodze mijamy jeszcze Długi Staw na wysokości 1939 m n.p.m. i chyba każdy z nas marzył o tym, aby teraz się w nim wykąpać, ponieważ temperatura powietrza na termometrze rosła cały czas do góry! Tutaj nasza droga zrobiła się kamienista, a krajobraz surowy i typowy dla tej części Tatr Wysokich. Z góry wśród okalającej szarości głazów i kamieni Długi Staw wyglądał jak mała ślizgawka o turkusowym kolorze. Stąd już niedaleka droga do Polskiego Grzebienia. Powoli witają nas kolejne olbrzymy: Sucha Kopa (2121 m n.p.m.) i Gerlachowska Kopka (2457 m n.pm.). Przed naszym celem zaliczyliśmy mały korek na łańcuchach, ale prężni panowie i wiotkie panie, wszyscy niczym kozice górskie, przeskakiwali z kamyka na kamyk, aby jak najszybciej być na Polskim Grzebieniu. Odnośnie kozic, widzieliśmy małe stadko, ale mieszkańcy tych terenów dzisiaj nie życzyli sobie żadnych gości i poszli odpoczywać w innych apartamentach – zdaje się – Suchej Kopy (2121m n.p.m.). Będąc na szczycie było cudownie. Wiał ciepły wiaterek, później trochę chłodniejszy, później znowu troszkę cieplejszy i tak na zmianę. Słońce świeciło w pełnej lampie, a widoki na polską i słowacką stronę były obłędne! Kilkoro z nas za zgodą Przewodnika Łukasza razem z nim weszło jeszcze na Małą Wysoką (2429m n.p.m.), gdzie rozległa panorama odbierała mowę… Widoki na Rohatkę, Dziką Turnię, Świstowy Szczyt, Jaworowy Szczyt, Lodową Przełęcz, Lodowy Szczyt, Łomnicę, czy Staroleśny Szczyt… Ach, zbyt mało czasu aby nasycić wzrok i uspokoić kołaczące serce – to akurat od podejścia na szczyt. Odległa Zbójnicka Chata kusiła, aby za niebieskimi znakami uciec do niej i zostać tam na noc. Niestety, trzeba wracać.
Jak to kozice górskie PTT zejście było szybkie. Po grupowej fotce na Polskim Grzebieniu, podła komenda, że schodzimy. I tak z Polskiego Grzebienia rozpoczęliśmy długi rejs na naszych falujących ze zmęczenia kolanach, w kierunku Łysej Polany. Zmarzły Staw, Litworowy Staw, Zielony Staw, Mały Staw Kaczy, a my dalej płyniemy bez końca do naszego portu w Łysej Polnie. Dolina Białej Wody jest według mnie piękna, jednak bardzo długa i wymagająca cierpliwości, aby dojść do parkingu. Ok. godziny 18:30 wyjechaliśmy do Bielska Białej wszyscy szczęśliwy ze zdobycia Polskiego Grzebienia lub Małej Wysokiej. Jeżeli ktoś z Was drodzy czytelnicy dotrwał do końca tej mojej „krótkiej” relacji… pewnie zapyta teraz – a burza? Na całe szczęście nie było, pomimo złowrogich chmur, które przeganiał wiatr nad szczytami słowackich gigantów. Pamiętam, że deszcz padał tylko wieczorem na trasie, a o 21.15 będąc już na parkingu w Bielsku Białej było ciepło i przyjemnie. I tak w równie dobrych humorach, rozjechaliśmy się po naszych domach, ze słowami „do szybkiego zobaczenia”.
Dodam tylko, że nasza suma podejść to ok. 1150 m, przeszliśmy ok. 22,5 km w czasie, jak to ładnie ujął kolega Łukasz, cytuję: „bardzo ekspresowym tempie”.

P.S. Szczególne podziękowania za piękną wycieczkę i bezpieczną podróż kieruję tu dla naszych Przewodników Jana Nogasia, Łukasza Kudelskiego oraz kierowcy Krzysztofa.

Przemek Waga
.

nasza grupa na starcie w Starym Smokowcu

Zaszufladkowano do kategorii kronika - 2019 | Możliwość komentowania Polski Grzebień (Tatry Wysokie, Słowacja) – wycieczka górska – 10 sierpnia 2019 r. została wyłączona

Dzień Przewodników i Ratowników Górskich

Dzień Przewodników i Ratowników Górskich obchodzony jest w dniu imienin Św. Wawrzyńca (10.08.), patrona przewodników i ratowników górskich.
Z tej okazji wszystkim Przewodnikom Górskim i Ratownikom GOPR – członkom i sympatykom naszego Oddziału – składamy najserdeczniejsze życzenia.

Zarząd Oddziału

Zaszufladkowano do kategorii aktualności | Możliwość komentowania Dzień Przewodników i Ratowników Górskich została wyłączona

Lubań (Gorce) – wycieczka górska – 4 sierpnia 2019 r.

W ubiegłą niedzielę wraz z PTT udaliśmy się w nostalgiczną podróż w Gorce. Celem naszej wędrówki był Lubań (1211 m.n.p.m.). Dla wielu z nas szczyt dobrze znany, który swoim wyjątkowym klimatem wyraźnie zaznaczył się w naszych wspomnieniach. Polany, piękne widoki na Tatry, baza namiotowa SKPG z Krakowa, która oferuje najlepsze naleśniki z borówkami na świecie… Nic więc dziwnego, że wycieczka cieszyła się dużym zainteresowaniem.
Punktualnie o godz. 7:00 w licznej grupie 30 osób ruszyliśmy w drogę autokarem na przeł. Snozka skąd ruszyliśmy na niebieski szlak w stronę Lubania. Zanim jednak zaczęliśmy zdobywać wysokość podeszliśmy posłuchać Organów Władysława Hasiora, które niestety w ten bezwietrzny dzień odmówiły nam koncertu. Zboczyliśmy również ze szlaku, aby zajrzeć w przepaść nieczynnego kamieniołomu andezytu w górze Wdżar. Po zaliczeniu tych ciekawostek zlokalizowanych na przeł. Snozka już nic nie rozpraszało naszej uwagi i mogliśmy ruszyć w górę za znakami niebieskimi na Lubań. Gdzieniegdzie pośród zarastających polan na horyzoncie pojawiały się fragmenty panoram na Spisz i Pieniny. Tatry niestety pozostały aż do popołudnia za gęstą zasłoną chmur.
Podejście było strome, zwłaszcza w szczytowej partii i trochę błotniste, ale nawet Turysta w sandałach (pozdrawiam serdecznie!) nie narzekał. Cudownie było znów zobaczyć to miejsce. Źródełko studenckiej bazy namiotowej, teraz już mocno zarośnięte, kiedyś z widokiem na Tatry. Bazę namiotową SKPG z Krakowa tętniącą życiem, z rozstawionym całym polem namiotowym, pełnym ludzi, śmiechu i śpiewu. W znanym ze wspomnień obrazie pojawiło się też i parę nowych rzeczy, jak m.in. 22-metrowa wieża widokowa postawiona w 2015 r., z bardzo szczegółowo rozpisaną panoramą 360. Niestety nie trafiliśmy na słynne naleśniki. W sobotę (o nieszczęście) na bazie było duże święto – Dzień Naleśnika i całe przygotowane zaplecze naleśnikowe zostało wykorzystane.
Przeczekawszy skromne opady deszczu w namiocie bazowym ruszyliśmy w drogę na wieżę, a potem od razu do Krościenka za znakami czerwonymi, fragmentem Głównego Szlaku Beskidzkiego. Ta część trasy była długa, ale za to pełna polan i pięknych widoków na Pieniny i Beskid Sądecki. Nad samym Krościenkiem nieco bardziej odsłoniły się Tatry. Nad Dunajec schodziliśmy mijając Kopią Górkę, słynną dzięki ks. Blachnickiemu i zainicjowanemu przez niego przedsięwzięciu – Ruch Światło – Życie.
W Krościenku nad Dunajcem mieliśmy nieco czasu na posiłek. Potem przyszło nam ruszyć w drogę powrotną. I mimo wzorowej punktualności nie udało nam się uniknąć korków na trasie. Do Bielska wróciliśmy z 20 minutowym opóźnieniem, ale poza szoferem, nikt nie narzekał.
Dziękuję serdecznie Grzesiowi za pomoc w pilnowaniu i zamykaniu grupy na szlaku oraz Grażynce za nadzór fotograficzny oraz wpis z galerią, do której odsyłam wszystkich zainteresowanych. Dziękuję również wszystkim uczestnikom, i tym co mnie słuchali i tym, co ich nogi same niosły. Do zobaczenia na szlaku!
Z tatrzańskim pozdrowieniem

Martyna Ptaszek
.

nasz grupa na Lubaniu

Zaszufladkowano do kategorii kronika - 2019 | Możliwość komentowania Lubań (Gorce) – wycieczka górska – 4 sierpnia 2019 r. została wyłączona

Narodnaja (Ural Subpolarny, Rosja) – wyprawa trekkingowa – 18 lipca – 3 sierpnia 2019 r.

Kilka miesięcy przygotowań, załatwiania wiz, biletów kolejowych, zgody na wejście do parku narodowego Jugyd Wa (ros. Югыд Ва), transportu ciężarówką, rezerwacji hotelu w Moskwie… mnóstwo wykonanych telefonów (dzięki Olu!), napisanych maili… a cel odległy, bo pomiędzy współrzędnymi geograficznymi naszego lokalu w Bielsku-Białej i szczytem Narodnaja jest w linii „prostej” aż 2859,07 km, co przekłada się na około 1800 km jazdy busem, niemal 2200 km pociągiem i 120 km ciężarówką… a więc ponad 4000 km drogi.
I w końcu nadszedł ten dzień… 18 lipca 2019 r. w godzinach porannych wyruszamy na naszą tegoroczną wyprawę. Jest wesoło – okazuje się, że jeden z uczestników wyprawy jest przekonany, że wyjeżdżamy następnego dnia, a pod dom innego podjeżdżamy od tyłu, drogą leśną. Dodatkowo po lekturze informacji na stronie MSZ jesteśmy nieco zdezorientowani zasadami przekraczania granicy białorusko-rosyjskiej i postanawiamy pojechać przez Litwę i Łotwę.
Na nocleg wybieramy malownicze miejsce nad jeziorem Utena, odwiedzając niejako przy okazji ciekawe wzgórze Vestuvių kalnas.  Następnego dnia o poranku ruszamy na Łotwę, w stronę przejścia granicznego Terehova – Burački. Choć jesteśmy jednym z pierwszych samochodów na tym przejściu, wypełnienie wszystkich niezbędnych dokumentów oraz kilkuetapowa odprawa sprawiają, że przekroczenie granicy zabiera nam 2 godziny 50 minut. Pracownicy służb granicznych obu państw są niezwykle mili i pomocni. W końcu wjeżdżamy na terytorium Federacji Rosyjskiej.
Do Moskwy jedziemy poprowadzoną „niemal” od linijki autostradą M-9. Ruch jest niewielki, z rzadka mijamy jakieś samochody. Ciężarówek jest tu o wiele mniej, niż na polskich drogach. Z wyjątkiem lekkich zakrętów, można napisać, że widać drogę aż po horyzont.
Do Hotelu Kaufman nasza dziewiątka dociera około 20. Trójka, która przyleciała samolotem z Anglii już na nas czeka. Po zakwaterowaniu postanawiamy jeszcze zobaczyć Plac Czerwony, który nocą, pomimo padającego deszczu wygląda, jakby wciąż trwał tu okres bożonarodzeniowy. Szczególne wrażenie robi na nas charakterystyczny Sobór Wasyla Błogosławionego.
Kolejnego dnia, a jest to już sobota, przepakowujemy się, zostawiamy rzeczy potrzebne na podróż powrotną do Polski i nieco przypadkowo także telefon satelitarny, który mógłby nam się przydać w górach… Nic to, damy radę! Tramwajem linii nr 37 docieramy na dworzec kolejowy Moskwa Jarosławska, gdzie już na wstępie zaskakuje nas kontrola bezpieczeństwa (prawie jak na lotnisku). O 12:50 wyruszamy pociągiem relacji Moskwa – Workuta (nr 376) do Inty. Przejazd ma zająć nam prawie 41 godzin.
Podróż rosyjskimi pociągami dalekobieżnymi jest przygodą sama w sobie. My jedziemy wagonem typu „plakarta”, a więc z otwartymi kuszetkami. Każdy wagon ma swojego konduktora, a zamiast biletu wystarczy okazać paszport – dane pasażerów są zapisane w systemie. W wagonie jest samowar, z którego można cały czas korzystać, a na wybranych stacjach zaplanowany jest dłuższy postój – od kilkunastu minut do nieco ponad godziny – wszystko po to, aby podróżni mogli dokupić wodę i prowiant lub po prostu rozprostować kości. Co ważne, w przeciwieństwie do naszych doświadczeń z kolei ukraińskich, tutaj oficjalnie nie można pić alkoholu w przedziałach, a porządku pilnują patrole policji. Wyjątkiem w kwestii alkoholu jest oczywiście wagon restauracyjny.
Podczas podróży udaje nam się poznać grupę turystów z rosyjskiej Tuły, którzy biorą udział w krajowych zawodach turystycznych i planują trasy w różnych rejonach Uralu. Grupa, która jedzie w sąsiednim boksie planuje wejście na Narodną i Manaragę, a następnie rafting jedną z rzek. I tu pierwsze zaskoczenie – zamiast butów trekkingowych przygotowali gumowce, a prowiant mają dokładnie odmierzony i poporcjowany na konkretne posiłki i dni. Będzie ciekawie…
Do Inty dojechaliśmy w poniedziałek, 22 lipca o godz. 5:47. Punktualnie jak w szwajcarskim zegarku. Na parkingu przed dworcem czekała już na nas niebieska ciężarówka Aleksandra Maslova (dla wybierających się w ten rejon Uralu podaję numer telefonu: +7 912 955-56-03), którą za 25000 rubli (ok. 1500 zł) mamy dojechać na teren nieczynnej kopalni kwarcytu Żiełannaja (ros. Желанная). Trasę, która liczy zaledwie 120 kilometrów pokonaliśmy w prawie 8 godzin. Do zatrzymania pojazdu służył czerwony przycisk, z którego skorzystaliśmy dwukrotnie, gdy chcieliśmy zrobić zdjęcia lokalnego krajobrazu. Co ciekawe, fragment drogi od Inty do brodu na rzece Kożym (ros. Кожым) jest w dużo gorszym stanie, niż ten od brodu do bazy Żiełannaja. Mnóstwo dziur, wypłukanej przez wodę drogi… a za oknem zmieniający się krajobraz tundry. Niewysokie drzewa powoli zmieniały się w coraz niższe, aż w końcu pojawił się obszar całkowicie wylesiony. Cóż, tutaj drzewa przypominają krzewy, a ich wysokość dochodzi mniej więcej do metra. No i dzień polarny… Teren, po którym planowaliśmy wędrować, znajduje się w końcu bardzo blisko koła podbiegunowego. Można zatem wędrować także nocą.
W bazie Żiełannaja padało… mocno padało… lało… Doszliśmy do wniosku, że może warto przespać pierwszą noc w bazie, a wyruszyć dopiero rano. Okazało się, że ceny mają mocno wygórowane – przy naszej 12-osobowej grupie za noc zażądano 2000 rubli za osobę (ok. 120 zł). To dużo, biorąc pod uwagę, że nocleg w moskiewskim hotelu kosztował nas poniżej 100 zł. A więc ruszamy…
I tu można by wiele napisać o dwudniowej wędrówce. Ograniczę się do kilku zdań. Po pierwsze było wilgotno, trochę padało, trochę mżyło… towarzyszyły nam się stada komarów. Olbrzymie stada, które wykorzystywały każdą sekundę, by usiąść na naszych ubraniach. Długie spodnie, koszule, kurtki, czapki i moskitiery nie odstraszały tych krwiożerczych bestii, które starały się ugryźć nas wszędzie… Po drugie było wilgotno, mokro, bagniście… Próba wędrówki wytyczoną ścieżką kończyła się zapadaniem w podmokłym terenie, po kostkę, po łydkę, po kolana… Przekraczając rzekę (kto wymyślił, by poprowadzić szlak przez rzekę?) byliśmy już tak zrezygnowani, a butach było tak mokro, że nie wahając się pokonaliśmy jej nurt bez ściągania butów. W zależności od wybranej ścieżki było to od 40 cm do prawie metra głębokości. Pomysł wycieczki w gumowcach lub woderach jest bardzo niegłupi… Po trzecie, turyści generują śmieci. Od małego jesteśmy uczeni, by własne śmieci znosić samemu z gór, a tu jedna grupa Rosjan ordynarnie pozostawia śmieci w workach przy punkcie widokowym, a druga swoje śmieci spala. Tak, spalili śmieci… papierki, folie, butelki plastikowe… Wszystko…
Pierwszy nocleg spędziliśmy nieco powyżej jeziora Małoje Bałban (ros. Малое Балбан), w tym samym miejscu, które wybrała zaprzyjaźniona grupa poznanych w pociągu Rosjan. Rano zastanawialiśmy się, czy iść dalej, bo prawie wszystkie buty były mokre, ale w końcu zdecydowaliśmy się ruszyć. Rzekę Bałbanju (ros. Балбанью) przekroczyliśmy kilka kilometrów dalej przez bród, lecz nieco później były kolejne mokradła, bagienka… i bystry, głęboki strumień, który zdecydowaliśmy się pokonać bez butów. Na końcu naszej marszruty pojawiło się rumowisko skalne – znak, że docieramy do celu.
Drugiego dnia wędrówki około godziny 18 osiągnęliśmy jezioro Bublik (ros. Бублик), nad którym zaplanowaliśmy rozbić bazę na kilka najbliższych nocy. Widząc, że w tak trudnych warunkach terenowych pokonujemy dziennie zaledwie około 10 kilometrów, odpuściliśmy ambitne plany, koncentrując się na głównym celu, jakim jest Narodnaja (ros. Народная).
24 lipca 2019 r. był najważniejszym dniem naszego wyjazdu. Tego dnia mieliśmy stanąć na najwyższej górze Uralu. Słońce od rana przyjemnie grzało, komary wzięły sobie dzień urlopu, a rano wyruszyły w górę dwie grupy Rosjan. Wystartowaliśmy i my, około 10, bez szlaku kierując się drogą zaproponowaną przez rosyjskich turystów. Po rumowisku skalnym, skacząc z jednego kamienia na drugi, powoli pięliśmy się w górę. Miejscami potężne głazy przysypane były zalegającym tu od zimy śniegiem, dzięki czemu wędrówka była przyjemniejsza. Po osiągnięciu pierwszego grzbietu, pojawił się szlak oznaczony czerwonym kolorem zdobiącym kamienne kopczyki. Na szlaku tym spotkaliśmy znajomych Rosjan, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć i w końcu po około 3,5 godzinach wędrówki osiągnęliśmy charakterystyczną przełęcz z krzyżem. Stąd jeszcze około pół godziny do wierzchołka Narodnej (1895 m n.p.m.). Około 14:30 na szczycie stanął ostatni członek naszej grupy. 
Słońce dalej przyjemnie prażyło, a bezchmurne niebo pozwalało oglądać piękną dookólną panoramę z cudownie prezentującą się Manaragą (ros. Манарага), symbolem parku narodowego Jugyd Wa. Charakterystyczne, metalowe obelisk (?) oraz miecz i tarcza skłaniały turystów do pamiątkowych zdjęć dokumentujących zdobycie szczytu. Nie zapomnieliśmy oczywiście o zrobieniu zdjęcia z banerem Oddziału PTT w Bielsku-Białej. Było sielsko.
W końcu nadszedł czas powrotu. Postanowiliśmy zejść żlebem, w którym zalegał śnieg, a którym de facto poprowadzony jest szlak. Była to doskonała decyzja. Nie dość, że po śniegu schodziliśmy szybciej i przyjemniej, niż po rumowisku skalnym, to jeszcze mieliśmy okazję obejrzeć z bliska szczeliny utworzone w zalegającym tu pewnie przez cały rok śniegu.
Ostatni członkowie naszej grupy zeszli do bazy o godzinie 19. Sprawdziły się słowa Rosjan, którzy określili czas wejścia na szczyt i zejścia z niego na 8 godzin.
.

nasza ekipa na Narodnej, najwyższym szczycie w europejskiej części Rosji

Kolejnego dnia nasza grupa podzieliła się na dwie mniejsze. Cztery osoby zostały w bazie, a trzy z nich postanowiły wykorzystać piękną pogodę i brak komarów na krótką wycieczkę w stronę przełęczy Kar Kar (ros. Кар Кар) o wysokości ok. 1200 m n.p.m. Trasa oznaczona niebieskimi kopczykami zaczyna się przy tafli jeziora Bublik i stosunkowo łatwą ścieżką prowadzi na przełęcz, po przekroczeniu której rozpościera się widok na okolicę doliny Manaragi. Po stronie południowej, nieco poniżej przełęczy, można było zobaczyć całe łany przeróżnych górskich kwiatów, co sprawiło, że uczestnicy tego wyjścia poczuli się wyjątkowo usatysfakcjonowani.
Pozostała ósemka postawiła przed sobą ambitny plan wejścia na górę Karpińskiego (ros. Карпинского) o wysokości 1802 m n.p.m. Przejście pozaszlakowe okazało się dość trudne. Na przełęcz zdecydowało się zejść trzech najbardziej doświadczonych wspinaczkowo członków grupy, lecz z uwagi na dużą ilość ruchomych głazów, które mogłyby doprowadzić do wypadku i oni w końcu podjęli decyzję o powrocie.
Kolejne trzy dni to trasa powrotna do bazy Żiełannaja. Mając na uwadze perspektywę brodzenia w bagnach i mokradłach oraz konieczność pokonania kilku rzek podjęliśmy próbę przejścia „suchą nogą”, nadkładając nieco dystansu. Okazało się, że pierwszą rzeczkę można pokonać po przerzuconej nieco poniżej szlaku metalowej rurze lub jeszcze niżej, po wystających z rzeki kamieniach. Następnie pokonując rzekę Bałbanju nieco wyżej, niż przy podejściu, można bez żadnego kłopotu przejść suchą stopą, a rozległe mokradła w pobliżu położonego nad jeziorem Małoje Bałban obozowiska hodowców reniferów, nadkładając nieco drogi, można przekroczyć w bród oraz po krzakach borówek lub całkowicie ominąć nadkładając tej drogi całkiem sporo. Szkoda, że nikt nie pomyślał o takim wytyczeniu szlaku, który omijałby te nieprzyjemne atrakcje. Wiedząc, że do bazy Żiełannaja zejdziemy dzień wcześniej, niż planowaliśmy, dwóch kolegów postanowiło dotrzeć do niej jeszcze dzień wcześniej, zjechać do Inty i spróbować przesunąć nasz transport na wcześniejszy termin. Z żadnego punktu naszej trasy, ani nawet z samej bazy nie dało się tego załatwić, nie dociera tu wszakże żaden sygnał telefonii komórkowej.
I w tym miejscu powinienem poświęcić nieco miejsca Maćkowi i Radkowi, bo to oni dostali się do Inty nieco wcześniej… Kilkugodzinna przejażdżka ciężarówką z bazy Żiełannaja do Inty w towarzystwie miejscowych dziennikarek sprawiła, że następnego dnia stali się bohaterami godzinnego wejścia w radiu Inta, opowiadając o tym, skąd wzięliśmy się w tym miejscu, o naszych przygodach na uralskich szlakach oraz prezentując próbki naszego ojczystego języka w tak odległym skrawku Rosji. Poznali także nieco to upadające miasto oraz zorganizowali miejsce w hotelu dla całej naszej grupy. W nieco sennym mieście, jakim jest Inta, stali się prawdziwymi celebrytami, a gdy my po kilku dniach dotarliśmy i my, wielu Rosjan witało naszą grupę słowami: „Zdrastwujtie Polaki”.
Wróćmy jednak do pozostałych uczestników tego wyjazdu, a więc (w kolejności alfabetycznej): Cześka, Grześka, Jacka, Jurka, Kasi, Oli, Sebastiana, Staszka, Sylwii i Szymka… Obozowiska rozłożone nad rzekami z jednej strony sprzyjały kąpieli w zimnej wodzie, z drugiej nadmiar komarów zniechęcał do opuszczania namiotów. Ta grupa w trzy dni dotarła nad jezioro Bałban (ros. Балбан), a więc w pobliże bazy Żiełannaja. Widząc, że upragniony transport nie nadjeżdża (nie mieli wszak kontaktu z chłopakami w Incie), część grupy postanowiła przespacerować się do położonej wysoko, powyżej bazy, nieczynnej kopalni kwarcytu, skąd oprócz zobaczenia jej zabudowań można było podziwiać panoramę najbliższej okolicy z nieco innej perspektywy. W końcu, 29 lipca, przyjechał nasz nieco spóźniony kierowca i zabrał całą dziesiątkę prosto do hotelu Sievierianka. Tam już czekali nasi koledzy.
Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzenie Inty, miasta powstałego w 1954 roku. Nie ma tu zbyt wielu atrakcji, więc udało nam się zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca. Odwiedziliśmy też biuro parku narodowego Jugyd Wa, gdzie zaopatrzyliśmy się w mapy – w zasadzie na pamiątkę, choć mogą się przecież przydać do organizacji przyszłych wyjazdów. Odwiedziliśmy też poleconą przez naszych kolegów restaurację, gdzie za nieduże pieniądze można było zjeść olbrzymi talerz barszczu ukraińskiego oraz przepysznego łososia po rosyjsku. Gospodarze hotelu także okazali się przemili pozwalając nam nieodpłatnie przedłużyć pobyt do godzin popołudniowych, abyśmy nie musieli włóczyć się po mieście z plecakami oraz zorganizowali transport taksówkami na położoną 16 kilometrów od Inty stację kolejową.
W drogę powrotną do Moskwy wyjechaliśmy 31 lipca o godz. 0:14. Tym razem podróż miała potrwać 39,5 godziny. Dość powiedzieć, jak precyzyjne są pociągi w Rosji – kolega czekający na nas na dworcu kolejowym Moskwa Jarosławska zrobił zdjęcie naszego pociągu wjeżdżającego na peron o 15:43… punktualnie, tak jak w rozkładzie.
Po zakwaterowaniu w moskiewskim hotelu, gdzie czekał od niemal dwóch tygodni nasz bus (bezpłatnie), ruszyliśmy zobaczyć jeszcze jedną atrakcję rosyjskiej stolicy – jej metro. Wybraliśmy linię Kolcewaja (ros. Кольцевая) oznaczoną numerem 5 oraz kolorem brązowym. Ta linia otwarta została 1 stycznia 1950 r., a jej budowę zakończono ostatecznie w 1954 domykając okrąg linii. Na jej trasie, liczącej 19,4 km, znajduje się 12 stacji. Byliśmy na wszystkich, podziwiając rozmach z jakim została ona wybudowana. Zwiedzanie metra zajęło nam przeszło dwie godziny.
W końcu nadszedł dzień, który nadejść musiał. Powrót. 2 sierpnia, kilka minut po 6 rano opuściliśmy hotelowy parking kierując się w stronę granicy z Białorusią. Granicy, której de facto nie ma. Trzy osoby wracały do Polski lub Anglii samolotem.
Opuszczając Rosję w naszej pamięci pozostały bezkresne góry Ural, niezwykła życzliwość i gościnność mieszkańców, biedne rosyjskie wioski z rozpadającymi się drewnianymi domami oraz ogrom Moskwy, która w niczym nie ustępuje największym europejskim stolicom. Rosja to kraj olbrzymich kontrastów, który zapamiętamy bardzo pozytywnie.
Z kolei Białoruś, która była ostatnim celem naszej wyprawy, możemy zapamiętać jako wyjątkowo czysty kraj. Nigdzie nie widzieliśmy rozrzuconych śmieci, a mijane wioski, choć biedne, sprawiały wrażenie zadbanych. Tak kontrastujące w Rosji drewniane, rozpadające się domostwa, tutaj zbudowane są przeważnie z cegły lub pustaków.
Białoruś odwiedziliśmy z jednego powodu – kilkoro z nas zdobywa szczyty wchodzące w skład Korony Europy, nie mogło więc na naszym szlaku zabraknąć najwyższego wzniesienia tego kraju – Dzierżyńskiej Góry (biał. гара Дзяржынская) o wysokości 345 m n.p.m. To ponad sto metrów niżej, niż Buczkowice, w których mieszkam. W pobliżu góry znajduje się parking, z którego spacer na najwyższy punkt Białorusi nie powinien zająć więcej niż minutę… Ot, taki urok zdobywania wzniesień w krajach nizinnych.
Granicę białorusko-polską przekraczaliśmy na przejściu Bobrowniki – Bierestowica. Odprawa trwała 3 godziny 10 minut, nieco dłużej niż przy przekraczaniu granicy łotewsko-rosyjskiej. Służby graniczne po obu stronach były ponownie wyjątkowo miłe.
Do Bielska-Białej wróciliśmy 3 sierpnia rano po 24-godzinnej podróży. Ostatni uczestnik wyprawy dotarł do domu o godzinie 6.
.

nasza grupa na najwyższym wzniesieniu Białorusi – Dzierżyńskiej Górze

Podsumowując tegoroczną wyprawę warto dodać, że wzięło w niej udział sześciu członków Oddziału PTT w Bielsku-Białej oraz sześciu sympatyków. Trwała ona łącznie 17 dni, od 18 lipca do 3 sierpnia 2019 r. Udało nam się zdobyć dwa szczyty zaliczane do Korony Europy – Narodną w Rosji i Dzierżyńską Górę na Białorusi. Podczas żadnej innej wyprawy nie spędziliśmy tyle czasu odpoczywając (po pięć dni w podróży w jedną i drugą stronę, długie godziny w namiotach odpoczywając przed natarczywymi komarami). Mamy też dwóch nowych celebrytów… a co poza tym? Tego dowiecie się już podczas prelekcji, gdzie będziemy mogli zdradzić nieco więcej sekretów Uralu Subpolarnego!

SB

Zaszufladkowano do kategorii kronika - 2019 | Możliwość komentowania Narodnaja (Ural Subpolarny, Rosja) – wyprawa trekkingowa – 18 lipca – 3 sierpnia 2019 r. została wyłączona

Hala Łabowska (Beskid Sądecki) – wycieczka górska – 28 lipca 2019 r.

W ostatnią niedzielę lipca wyruszyliśmy o bardzo wczesnej porze w „serce” Beskidu Sądeckiego do Rytra nad rzeką Poprad. Zaplanowana trasa wiodła fragmentem Głównego Szlaku Beskidzkiego spod ruin rytrzańskiej twierdzy do schroniska na Hali Łabowskiej, a potem szlakiem niebieskim w dół do Doliny Łomniczanki. Jakież było moje zdumienie, gdy o godz. 4:45 na dolnej płycie Dworca PKSu, w niedzielny poranek, zamiast tradycyjnie kameralnej grupy stawiło się 45 osób. Wśród wielu znajomych twarzy pojawiło się i parę nowych, które mam nadzieję jeszcze zobaczyć na naszych wspólnych wyjazdach z PTT. Niewątpliwie grono sympatyków górskich wędrówek stale się nam powiększa!
Po długiej podróży o godz. 9:00 ruszyliśmy na szlak czerwony zahaczając jeszcze o udostępnione nieodpłatnie turystom ruiny zamku w Rytrze. Stromym podejściem, po ok 2 godzinach wysiłku dotarliśmy do prywatnego schroniska „Cyrla”, przepięknego, zadbanego i jednego z najbardziej klimatycznych miejsc na beskidzkich szlakach. Było pięknie, więc zostaliśmy na krótką przerwę.
Dalsza, grzbietowa część szlaku wiodła nas raz w górę, raz w dół, przez las i zarastające polany, odsłaniając gdzieniegdzie panoramy na Pasmo Radziejowej i Prehyby, Kotlinę Sądecką, Levockie Vrchy na Słowacji, a nawet na mnogie pasma Beskidu Niskiego. Podczas wędrówki widzieliśmy wiele miejsc pamięci Żołnierzy Wyklętych z aktywnej w tym regionie do 1947 r. partyzantki. Strudzeni pięciogodzinnym marszem z radością przywitaliśmy obraz rozległej Hali Łabowskiej z widocznym dachem schroniska. Na miejscu daliśmy się namówić na chłodzące napoje, a tym którym było jeszcze mało buszowania w owocujących borowinach, kuchnia oferowała naleśniki z borówkami. Wiele w ten dzień było fioletowych uśmiechów!
Po długim lenistwie i tradycyjnym zdjęciu z banerem ruszyliśmy w drogę powrotną schodząc z GSB na niebieski szlak do Łomnicy. Początkowo ścieżka wiodła stopniowo odsłaniając ostatnie panoramy. Później czekało nas bardzo strome zejście w dolinę, które wyciągnęło z nas więcej sił niż podejście pod Cyrlę. Momo paru wywrotek wszystkim udało się pokonać tę stromiznę bez uszczerbku na zdrowiu. Dalej szlak prowadził już leśną, potem asfaltową drogą do schowanego w lesie parkingu, gdzie czekał już na nas autobus.
Droga powrotna minęła szybko, bez większych korków i bez postoju. Dopiero wjeżdżając w Kotlinę Żywiecką znaleźliśmy się w burzowym kotle. Pioruny nieubłaganie coraz bliżej rozświetlały bure od chmur niebo niemal z każdej strony. Widoczne z trasy wzniesienia Pasma Pewelskiego, Beskidu Żywieckiego i Śląskiego zastąpiła zasłona ulewnego deszczu. Dojeżdżając do Bramy Wilkowickiej pozostawiliśmy szalejące w górskich dolinach burze i już spokojnie dotarliśmy do Bielska z małym opóźnieniem.
Dziękuję wszystkim uczestnikom za wspólne wędrowanie. Liczę, że widzimy się na kolejnych wyjazdach z PTT.

Szczególnie dziękuję Celince, która zgodziła się zostać w tym dniu „Zamkiem”, czyli osobą zamykającą grupę. Z powierzonego zadania wywiązała się wzorowo, pomagając mi ogromnie w prowadzeniu tak licznej grupy!
Dziękuję również Grażynce za fotorelację z wycieczki i przygotowanie wpisu z galerią, którą można obejrzeć klikając w zdjęcie poniżej.

Martyna Ptaszek
.

nasza grupa pod schroniskiem na Hali Łabowskiej

Zaszufladkowano do kategorii kronika - 2019 | Możliwość komentowania Hala Łabowska (Beskid Sądecki) – wycieczka górska – 28 lipca 2019 r. została wyłączona

O wręczeniu wyróżnienia „Prowadzę na szczyt…” w „Koziańskich Wiadomościach”

Na stronie 18 najnowszego numeru „Koziańskich Wiadomości” (7/2019), czasopisma wydawanego przez Urząd Gminy Kozy, ukazał się artykuł pt. „Uniwersytet zakończył rok” poświęcony działalności koziańskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Znalazła się w nim wzmianka o wręczeniu Mirosławowi Frączkowi wyróżnienia „Prowadzę na szczyt…” przyznanego przez Koło PTT w Kozach. Zachęcamy do lektury.

Zarząd Oddziału
.

Zaszufladkowano do kategorii Koło PTT w Kozach, media | Możliwość komentowania O wręczeniu wyróżnienia „Prowadzę na szczyt…” w „Koziańskich Wiadomościach” została wyłączona

O zaangażowaniu Koła PTT w Kozach w „TrashTag Challenge” w „Koziańskich Wiadomościach”

Na stronach 11-12 najnowszego numeru „Koziańskich Wiadomości” (7/2019), czasopisma wydawanego przez Urząd Gminy Kozy, znalazł się artykuł pt. „Sprzątanie na całego” poświęcony akcji „TrashTag Challenge” w której wzięli udział członkowie koziańskiego koła PTT. Zachęcamy do lektury. Poniżej prezentujemy fragment artykułu ze strony 12 przedstawiający zaangażowanie Koła PTT w Kozach w tę akcję.

Zarząd Oddziału
.

Zaszufladkowano do kategorii Koło PTT w Kozach, media | Możliwość komentowania O zaangażowaniu Koła PTT w Kozach w „TrashTag Challenge” w „Koziańskich Wiadomościach” została wyłączona

O akcji „Sprzątamy Beskidy z PTT 2019” w „Koziańskich Wiadomościach”

Na stronie 7 najnowszego numeru „Koziańskich Wiadomości” (7/2019), czasopisma wydawanego przez Urząd Gminy Kozy, który dotarł do nas dzisiaj, znalazł się artykuł poświęcony udziałowi SK PTT „Groniczki” przy Szkole Podstawowej nr 1 Kozach w organizowanej przez nasz Oddział akcji „Sprzątamy Beskidy z PTT 2019”, tym razem w rejonie Magurki Wilkowickiej. Zachęcamy do lektury.

Zarząd Oddziału
.

Zaszufladkowano do kategorii media, SK PTT "Groniczki" przy SP1 w Kozach, Sprzątamy Beskidy z PTT | Możliwość komentowania O akcji „Sprzątamy Beskidy z PTT 2019” w „Koziańskich Wiadomościach” została wyłączona

Magistrala Tatrzańska (Tatry Wysokie, Słowacja) – wycieczka górska – 21 lipca 2019 r.

„Janku, zrobię jeszcze jeden opis wycieczki do kroniki PTT i potem będzie dłuższa przerwa w pisaniu”. To moje słowa. Zaraz, zaraz, opis której wycieczki, czy tej na Polski Grzebień, czy w Gorgany Wschodnie, a może lepiej jeszcze innej, takiej szczególnej i wyjątkowej? Nawet do głowy mi podczas tej porannej rozmowy nie przyszło, że tą „wyjątkową” wycieczką będzie akurat ta dzisiejsza, w środku lata 2019 roku. Dlaczego? Czytajcie cierpliwie dalej!
Wyjazd na Słowację w Tatry Wysokie, który zorganizował Oddział PTT w Bielsku-Białej rozpoczął się punktualnie o godzinie 4:30. Do Bielska-Białej powróciliśmy około godziny 22:00 z ogromnym bagażem przeżyć. Coś za coś – prosi się tu dopisać. Wróciliśmy z gór wszyscy, w komplecie, a to są bardzo ważne słowa mojego „jubileuszowego” opisu.
Trasa zaplanowana na dzisiaj była następująca: Parking Tatrzańska Polanka (1005 m n.p.m.) – Wielicki Most – Wielicki Staw – Hotel górski „Śląski Dom” – Batyżowiecki Staw – Przełęcz pod Osterwą (1966 m n.p.m.) – Popradzki Staw – Symboliczny Cmentarz Ofiar Gór pod Osterwą – parking Popradzkie Pleso.
Przewodnik Jan Nogaś przygotował nas teoretycznie do trasy, którym szlakiem pójdziemy, gdzie, dokąd, jakie ważniejsze górskie szczyty zobaczymy itd. Delikatnie, a więc ostrożnie, przedstawił nam sytuację pogodową, bo z nią w górach, zwłaszcza dzisiaj, mogło być różnie. Może być burza, bo tak zapowiadają różne stacje pogodowe – ale nie musi, może padać – ale nie musi. Wędrówka trasą jakby nad reglami, pozwalała patrzeć nieustannie na łańcuch szczytów Tatr Wysokich z Gerlachem na czele i przeglądać się po drodze w trzech zielonych stawach, by na ten ostatni z nich spojrzeć z góry 500 metrów w dół aż do lustra wody. Stawy: Wielicki, Batyżowiecki oraz Popradzki i ich otoczenie górskie to prawdziwa uczta dla nas, ludzi gór, nawet dzisiaj!
Podczas wycieczki przeżyliśmy trzy burze, z tym że ta ostatnia, która dopadła większość z nas od Przełęczy pod Osterwą do Popradzkiego Plesa była najsilniejsza, najgroźniejsza, najbliższa, i jeszcze inne takie naj, naj, naj z ulewą trwającą zdawałoby się wieki …
Liczna grupa turystów (również z dzielnymi dziećmi) podzieliła się na części, bo jak to jest na każdej wycieczce, jedni chcą szybko zasuwać do przodu, by potem stać, czasem marznąć w oczekiwaniu na pozostałych, inni zajęci pasją fotografowania widzą i czują całkiem inaczej górski świat, a jeszcze inni idąc wolniej z zachwytem spoglądali na wszystkie otaczające cuda tatrzańskiej przyrody. Wszyscy jednak dzisiaj uważnie i z niepokojem obserwowali niebo i te niesamowicie groźne chmury …
Czytajcie cierpliwie dalej!
Naszą wycieczkę rozpoczętą o godz. 8:30 można by podzielić na dwie nierówne części, jakże różniące się od siebie. Pierwsza część trwająca mniej więcej do godziny 11:30, to przejście zielonym szlakiem w niesamowitym skwarze i duchocie od parkingu Tatrzańska Polanka do Wielickiego Stawu i Hotelu górskiego „Śląski Dom”. Było spokojnie, słonecznie, gorąco i wściekle parno. Przy hotelu odpoczęliśmy przed dalszą trasą. Niektórzy w ramach tego wypoczynku obeszli naokoło Wielicki Staw zatopiony po uszy jeszcze w słońcu, w kwiatach i kosówce.
Druga część rozpoczęła się po godz. 11:30. Pierwszy niewinny pomruk burzy dał się słyszeć gdzieś daleko zza szczytów Tatr zaraz na początku wędrówki czerwonym szlakiem po Magistrali Tatrzańskiej. Ech, niemożliwe, grzmi?! Nie za wcześnie? – pomyślałam może jeszcze zbyt naiwnie. No cóż, skoro rozpoczęliśmy dalszą wędrówkę i byliśmy już wysoko, to trzeba było iść dalej, do przodu. Słowo „iść” należy zastąpić tu słowem „uciekać”. Tak będzie lepiej. Burza przemieszczała się jakby w swoją stronę i na razie lekko nas „oszczędzała”. Deszcz też oczywiście nas dopadł i peleryny trzeba było ekspresowo ubierać. Jednak grzmoty niestety przybliżały się do idących w niepewności turystów tą Magistralą. Nie było wiadomo, czy wracać, czy też uciekać, czyli może iść dalej? Ciemne i ciężkie chmurska szybko zaczęły gromadzić się nad naszymi głowami. Co będzie dalej …? Strach ogarnął mnie i pewnie wielu z nas wtedy, gdy jeden z piorunów uderzył gdzieś w pobliżu … Zrobiło się gorąco!
Czytajcie cierpliwie dalej!
Próbowałam przeczekać burzę pod kamieniem i kosówką, ale poderwał mnie z tego miejsca przewodnik. „Idźmy dalej, uciekajmy, inni też idą, może burzę zostawimy w tyle za plecami”. Dobrze, że Janek zachęcił mnie do tej ucieczki, bo przecież nie wiedzieliśmy, co nas jeszcze czeka. Szliśmy więc dalej nawet nie przypuszczając, że dopadnie nas za niedługo druga burza, a potem ta trzecia – najgorsza. Na naszych oczach ekspresowo tworzyły się burzowe chmury i burze powstawały w tempie szybszym niż to nasze wędrowanie.
Cztery osoby z wycieczki zablokowała pierwsza burza jeszcze w „Domu Śląskim” nad Wielickim Stawem. Pierwszy deszcz przeżyły więc pod dachem, podczas gdy reszta uczestników wycieczki wędrowała już w deszczu. Ale później też nie było i dla nich litości, gdyż dopadły nas wszystkich jeszcze dwie następujące po sobie w niedługim czasie burze. Ta ostatnia przyczyniła się do tego, że nasze dzielne turystki skorzystały z awaryjnego zejścia żółtym szlakiem do drogi, z której mogliśmy ich zabrać jadąc już w kierunku domu.
Nikt nie przypuszczał, że na różnych odcinkach przyjdzie nam „walczyć” z ulewami, gradem, nagłym ochłodzeniem, strachem i innymi myślami kotłującymi się w głowie na widok błyskawic i wybitnie czarnych burzowych chmur. A wszystko to razem tworzyło jedną wielogodzinną burzę trwającą około 4,5 godziny! Ta trzecia burza „waliła” nam prosto w twarz, prosto na nas, a rozpętała się wtedy, gdy byliśmy już na Przełęczy pod Osterwą na dużej wysokości, choć niektórzy byli jeszcze w okolicach najwyższego punktu na dzisiejszej trasie tj. około 2028 m n.p.m. Burzy towarzyszyła ogromna, nieustająca ulewa przeplatana gradem. Chwilami była podwójna, niczym głośne stereo. Jeszcze teraz pisząc tę relację słyszę ogłuszające grzmoty, widzę ogień błyskawic to z lewej, to z prawej strony zakosów, którymi w strugach brązowej wody przyszło nam w miarę szybko, ale ostrożnie (!) schodzić. Zejście z przełęczy do Popradzkiego Plesa to około 500 metrów różnicy poziomów, nie było więc lekko tym, którym dokuczają kolana. Szliśmy w skupieniu myśląc, a może też modląc się, żeby wreszcie to wszystko się skończyło! Ale gdzież tam! Burza i potworna ulewa doprowadziły nas z hukiem do samego schroniska przy Popradzkim Stawie, i … trwały jeszcze do czasu, aż wszyscy nasi zeszli z góry. To zejście i tę burzę z pewnością zapamiętamy na długo, długo, może nawet do końca życia! Dzisiejsza trasa liczyła 26 km. Nie chce się wierzyć, że aż tyle i to w wyjątkowo trudnych warunkach!
Po deszczu i burzy, gdy tylko poprawiło się jako tako, a było to około godz. 17:00, kilka niezmordowanych osób poszło w kierunku słynnego Cmentarza Ofiar Gór pod Osterwą. To wyjątkowe miejsce jest również ważne dla nas, Polaków. Trzeba go było koniecznie odwiedzić.
Dokładnie pięć lat temu 20 lipca 2014 roku byliśmy na wycieczce zorganizowanej przez nasz Oddział PTT „Osterwa (Tatry Wysokie, Słowacja)”. Trasa wycieczki była prawie ta sama, tylko pogoda lepsza, bo inna.

„W porę trzeba reagować na zmiany pogody – szybka decyzja o odwrocie już niejednemu uratowała życie” napisano w przewodniku pt. „Tatry Słowackie”. Czy mogło nas to dzisiaj dotyczyć? – nie wiem, ale wiem, że na pewno było groźnie!

CS
.

nasza liczna grupa w Tatrzańskiej Polance przed wyruszeniem na szlak

Zaszufladkowano do kategorii kronika - 2019 | Możliwość komentowania Magistrala Tatrzańska (Tatry Wysokie, Słowacja) – wycieczka górska – 21 lipca 2019 r. została wyłączona