Za nami kolejna niedziela w Tatrach. Tatry Zachodnie powitały nas spokojem na szlaku i piękną pogodą, dzięki czemu w niecałą godzinkę weszliśmy na Nosal (1206 m n.p.m.) i od razu podziwialiśmy piękną panoramę Tatr – pierwszą tego dnia, ale zdecydowanie nie ostatnią. Widoczność była niesamowita, Giewont wyglądał jak malowany, a śniadanie z takim widokiem smakowało chyba każdemu jeszcze lepiej. Z pozytywnym nastawieniem i grzejącym już słońcem ruszyliśmy dalej przez Przełęcz między Kopami w stronę Hali Gąsienicowej.
Trasa z Hali Gąsienicowej w kierunku Skrajnej Turni – głównego celu tej wycieczki – to surowe granie, kosodrzewina oraz widniejące w oddali sylwetki Kościelca i Świnicy. Im wyżej, tym powietrze stawało się chłodniejsze, zaczynał hulać wiatr, a my zbliżaliśmy się coraz bardziej do połaci śniegu.
Podejście pod Skrajną Turnię stopniowo nabierało charakteru wysokogórskiego. Szlak stawał się coraz bardziej stromy, pojawiały się skalne stopnie, większa ekspozycja i śliski śnieg. Zanim jednak weszliśmy w pozostałości zimowej krainy, czekał nas najsłodszy przystanek tego dnia – trzy świstaki, które nic nie robiły sobie z naszej obecności. Chowały się i wracały, dając nam szansę na zdjęcia i spokojną obserwację.
To trasa pełna kontrastów – z jednej strony monumentalna i surowa, z drugiej niezwykle delikatna w kolorach i świetle. Przy dobrej pogodzie skały mają srebrzysty odcień, stawy błyszczą ciemnym granatem, a granie wydają się niemal zawieszone nad dolinami.
Podziwiając te widoki, a jednocześnie mocno skupieni na odcinkach pokrytych śniegiem, wdrapaliśmy się na Przełęcz Liliowe (1952 m n.p.m.), skąd jak na dłoni widzieliśmy nasz cel – Skrajną Turnię (2097 m n.p.m.), na którą dotarliśmy po kolejnych 20 minutach. Zapierające dech w piersiach widoki, potężna Świnica, Krywań i Kasprowy Wierch wynagrodziły cały wysiłek.
W tym momencie nastąpiła jednak mała zmiana planów. Ze względów bezpieczeństwa odpuściliśmy zejście Świnicką Przełęczą i wracaliśmy tą samą, bezpieczniejszą drogą. Uczestnicy mieli jednak do wyboru dwie opcje – większość grupy skierowała się do schroniska PTTK „Murowaniec” na zasłużony odpoczynek, a mniejsza grupa, łaknąca dodatkowych wrażeń i kolejnego podejścia, wdrapała się jeszcze nad Czarny Staw Gąsienicowy. Nie będę ukrywać, że to jedno z moich ulubionych miejsc w Tatrach, do którego zawsze chętnie wracam.
Staw leży wysoko pośród kamiennych ścian Tatr, niczym ciemne lustro ukryte wśród skał. Droga prowadzi przez surowy krajobraz Hali Gąsienicowej, ale gdy nagle pomiędzy skałami otwiera się widok na jezioro, ma się wrażenie wejścia do miejsca odciętego od codzienności.
Woda ma głęboki, niemal atramentowy kolor – nie dlatego, że jest naprawdę czarna, lecz dlatego, że odbija cień otaczających szczytów i stromych zboczy. Dzięki wspaniałej pogodzie i pełnemu słońcu pojawił się dziś również turkusowy odcień, przez co staw wydawał się jeszcze bardziej magiczny.
To nie jest jezioro, które zachwyca łagodnością. Jego piękno jest chłodne, wysokogórskie i pełne ciszy. Czarny Staw Gąsienicowy sprawia wrażenie miejsca istniejącego poza czasem – spokojnego, milczącego i monumentalnego jednocześnie.
Całą grupą spotkaliśmy się we wspomnianym wcześniej „Murowańcu” i już wspólnie ruszyliśmy „w stronę domu”. Przez Dolinę Suchej Wody spokojnie schodziliśmy do Brzezin, gdzie czekał już na nas busik. Późnym wieczorem, pełni wrażeń, zmęczeni, ale zadowoleni, wróciliśmy do Bielska-Białej. Jestem pewna, że jeszcze nieraz zawitamy w te rejony Tatr.
Alicja

uczestnicy wycieczki z tatrzańską panoramą w tle










